| Sobota [ 3.07.2010, 12:28]
Moja walka z systemem...
...czyli o tym jak doprowadziłem pracowników wrocławskiego MPK na skraj załamania nerwowego.
Wrocławskie MPK solidną firmą nie jest. Autobusy jeżdżą jak chcą, kursów jest za mało, ludzie się cisną w zatłoczonych tramwajach bez klimatyzacji, kanary zamiast sprawdzać bilety kiboli i cyganów skrupulatnie sprawdzają czy dzieciaki z podstawówki mają legitymacje, a kierowcy zachowują się jak by ich pojazdy były uprzywilejowane. Z nonszalancją wymuszają pierszeństwo, przejeżdżają na czerwonym świetle tamując ruch, a kierunkowskazu używają chyba tylko jak policja za nimi jedzie.
Kilka dni temu, kiedy autobus zajechał mi drogę tak, że musiałem gwałtownie hamować i o mało nie miałem dzwona z samochodem z tyłu chciałem napisać skargę do MPK.
Wczoraj miałem podobną sytuację. O 17. 40 autobus wymusił na mnie pierwszeństwo i zarysował mi lusterko, kołpak zderzak i błotnik. Pani kierowca nawet się nie zatrzymała. Dużych uszkodzeń nie mam - rzekł bym, że naprawa mogła by się zamknąć w umyciu i wypolerowaniu samochodu, ale nie jestem człowiekiem, który zostawia sprawy tak o. A już napewno jeżeli chodzi o MPK.
Zjechałem na parking i zadzwoniłem na policję. Poradzili mi, żebym zadzwonił Nadzoru Ruchu MPK. Tak też zrobiłem. Zapowiedzieli, że będą do 15 minut przyjechali po 40. Wysiadło dwóch wyjątkowo niesympatycznych panów z pretensjami, że nie mogli mnie znaleźć, że nie mogli mnie znaleźć i czemu nie zostałem na miejscu zdarzenia. Odciełem się, że nie było gdzie zaparkować - miałem zresztą rację, bo bym utrudniał ruch.
Pojechałem z nimi do zajezdni - na własny koszt. Wsiadł ze mną jeden z tych przesympatycznych panów i kazał mi się jechać za autobusem (który zresztą nie włączał kierunkowskazu - inspektor udawał zdziwionego tym faktem). Całą drogę mnie wypytywał o szczegóły i próbował mi wmówić, że lusterko złożyłyłem i rozwaliłem sam na parkingu.
Dojechałem. Inspektorzy znowu twierdzili, że prubują ich oszukać. Wytłumaczyłem im, że mogę nawet zasymulować na komputerze trajektorie skrętu autobusu przegubowego. Po długich rozmowach pani kierowca zgodziła się napisać oświadczenie. Miała poważny problem z czytaniem ze zrozumieniem dlatego spisywanie potrwało z dobrą godzinę. Problem zaczął się kiedy poprosiłem, aby mi okazali dokumenty autobusu, abym mógł sprawdzić czy dane się zgadzają. Inspektor na mnie naskoczył, że oni nie mogą okazać, że " co ja jestem z NIK-u? trzeźwość chcę sprawdzać? stan techniczny?" Trwałem przy swoim, a pani kierowca zmieniła zeznania i chciała wzywać policję. Inspektor wyrwał mi podpisaną ugodę z rąk. I czekaliśmy przez półtorej godziny na policję.
W tym czasie zebrała się zakładowa komisja wszystkowiedzących kierowców i inspektorów nadzoru ruchu. Może tylko dwóch z nich zachowywało się w stosunku do mnie normalnie. Reszta rzucała tekstami: "Od trzydziestu lat tu pracuję i nie spotkałem się z kimś takim jak pan", "To jego wina. Daję 99.9%", "A bo trzeba było przepuścić". Niektórzy nie mogli się powstrzymać od wulgaryzmów skierowanych w stosunku do mnie. "Przyjedzie policja i powie: panie w ch** chcesz nas zrobić".
Specjalnie nie przejmowałem się tym. Czytałem książkę. Policja przyjechała - orzekła winę kierowcy autobusu. Specjalnie się nawet nie zastanawiali. Załatwiliśmy sprawę ugodowo. Nie chciałem już drążyć dalej, bo to pani, która kierowała autobusem miała by jeszcze większe problemy. Chociaż po 4 godzinach bez wody, w zaduchu miałem zamiar nawet sprawę skierować do sądu.
Zwyciężyłem. Podczas tej sytuacji wyszła bezczelność, chamstwo i brak znajomości przepisów kierowców MPK.
Na koniec krótka rozmowa z inspektorem:
-"Nie można było tak od razu?"
-"Ja mógł bym być twoim dziadkiem! Przez 30 lat nie spotkałem się z czymś takim."
-"Ale na szczęście nie jest pan. Do widzenia."
Wrocławskie MPK solidną firmą nie jest. Autobusy jeżdżą jak chcą, kursów jest za mało, ludzie się cisną w zatłoczonych tramwajach bez klimatyzacji, kanary zamiast sprawdzać bilety kiboli i cyganów skrupulatnie sprawdzają czy dzieciaki z podstawówki mają legitymacje, a kierowcy zachowują się jak by ich pojazdy były uprzywilejowane. Z nonszalancją wymuszają pierszeństwo, przejeżdżają na czerwonym świetle tamując ruch, a kierunkowskazu używają chyba tylko jak policja za nimi jedzie.
Kilka dni temu, kiedy autobus zajechał mi drogę tak, że musiałem gwałtownie hamować i o mało nie miałem dzwona z samochodem z tyłu chciałem napisać skargę do MPK.
Wczoraj miałem podobną sytuację. O 17. 40 autobus wymusił na mnie pierwszeństwo i zarysował mi lusterko, kołpak zderzak i błotnik. Pani kierowca nawet się nie zatrzymała. Dużych uszkodzeń nie mam - rzekł bym, że naprawa mogła by się zamknąć w umyciu i wypolerowaniu samochodu, ale nie jestem człowiekiem, który zostawia sprawy tak o. A już napewno jeżeli chodzi o MPK.
Zjechałem na parking i zadzwoniłem na policję. Poradzili mi, żebym zadzwonił Nadzoru Ruchu MPK. Tak też zrobiłem. Zapowiedzieli, że będą do 15 minut przyjechali po 40. Wysiadło dwóch wyjątkowo niesympatycznych panów z pretensjami, że nie mogli mnie znaleźć, że nie mogli mnie znaleźć i czemu nie zostałem na miejscu zdarzenia. Odciełem się, że nie było gdzie zaparkować - miałem zresztą rację, bo bym utrudniał ruch.
Pojechałem z nimi do zajezdni - na własny koszt. Wsiadł ze mną jeden z tych przesympatycznych panów i kazał mi się jechać za autobusem (który zresztą nie włączał kierunkowskazu - inspektor udawał zdziwionego tym faktem). Całą drogę mnie wypytywał o szczegóły i próbował mi wmówić, że lusterko złożyłyłem i rozwaliłem sam na parkingu.
Dojechałem. Inspektorzy znowu twierdzili, że prubują ich oszukać. Wytłumaczyłem im, że mogę nawet zasymulować na komputerze trajektorie skrętu autobusu przegubowego. Po długich rozmowach pani kierowca zgodziła się napisać oświadczenie. Miała poważny problem z czytaniem ze zrozumieniem dlatego spisywanie potrwało z dobrą godzinę. Problem zaczął się kiedy poprosiłem, aby mi okazali dokumenty autobusu, abym mógł sprawdzić czy dane się zgadzają. Inspektor na mnie naskoczył, że oni nie mogą okazać, że " co ja jestem z NIK-u? trzeźwość chcę sprawdzać? stan techniczny?" Trwałem przy swoim, a pani kierowca zmieniła zeznania i chciała wzywać policję. Inspektor wyrwał mi podpisaną ugodę z rąk. I czekaliśmy przez półtorej godziny na policję.
W tym czasie zebrała się zakładowa komisja wszystkowiedzących kierowców i inspektorów nadzoru ruchu. Może tylko dwóch z nich zachowywało się w stosunku do mnie normalnie. Reszta rzucała tekstami: "Od trzydziestu lat tu pracuję i nie spotkałem się z kimś takim jak pan", "To jego wina. Daję 99.9%", "A bo trzeba było przepuścić". Niektórzy nie mogli się powstrzymać od wulgaryzmów skierowanych w stosunku do mnie. "Przyjedzie policja i powie: panie w ch** chcesz nas zrobić".
Specjalnie nie przejmowałem się tym. Czytałem książkę. Policja przyjechała - orzekła winę kierowcy autobusu. Specjalnie się nawet nie zastanawiali. Załatwiliśmy sprawę ugodowo. Nie chciałem już drążyć dalej, bo to pani, która kierowała autobusem miała by jeszcze większe problemy. Chociaż po 4 godzinach bez wody, w zaduchu miałem zamiar nawet sprawę skierować do sądu.
Zwyciężyłem. Podczas tej sytuacji wyszła bezczelność, chamstwo i brak znajomości przepisów kierowców MPK.
Na koniec krótka rozmowa z inspektorem:
-"Nie można było tak od razu?"
-"Ja mógł bym być twoim dziadkiem! Przez 30 lat nie spotkałem się z czymś takim."
-"Ale na szczęście nie jest pan. Do widzenia."
33 komentarze

ale 4 elementy w kilkuletnim mercedesie to kasy trochę będzie ;)
też mam stresującą pracę. i stresujące studia.